Moje podroze czyli z dziennika grafomanki w srednim wieku

podróże literackie

Dzienniki z podróży, czyli Ameryki oczami Camusa

Wczoraj skończyłam czytać I tom Nędzników (jedyne 843 strony). Nie chcę pisać recenzji, dopóki nie przeczytam całości, ale przyznaję, że jestem pod wrażeniem.  Dwie trzecie książki pochłonęłam przez weekend, co chyba mówi samo za siebie.

Przystąpiłam do blogowego wyzwania  klasyka literatury popularnej, w związku z czym trochę czasu zajęło mi przeczytanie recenzji  tam zamieszczonych i wstawienie własnych.  I nagle stwierdziwszy,  że mam czas i nie mam książki  poczułam jakąś pustkę.

Oczywiście to nie do końca prawda, bo miejsce przeczytanych książek na moim stoliczku zajęły kolejne, ale ponieważ obiecałam sobie, że nie będę czytać Nędzników równolegle z inną powieścią zabrałam się za Dzienniki z podróży  Camusa.

Te zaledwie dziewięćdziesiąt stron lektury to opis dwóch podróży na dwa kontynenty.  

Pierwsza  to podróż mało znanego dziennikarza  do Ameryki Północnej w 1946 r., druga to podróż autora "Dżumy" do  Ameryki Południowej  w 1949 r.

Wrażenia z podróży nie są zachęcające dla potencjalnego turysty-podróżnika.

Część pierwsza.

Ameryka północna jawi się przyszłemu Nobliście, jako powierzchowny kraj powierzchownych ludzi. Jego relacja dostosowana jest do odniesionych wrażeń. Opisy są krótkie i lakoniczne.  Zapis tej podróży  to niczym migawki, które  przesuwają się przed oczyma pasażera pędzącego samochodu. Wizyta u  pani J, spotkanie z panem K, zaproszenie do państwa W. Wszystko przemija błyskawicznie i nie pozostawia miłego wrażenia. Obrazki przesuwają się, jak w kalejdoskopie. Od czasu do czasu autor rzuca jakby mimochodem luźną uwagę  dotyczącą odwiedzanego kraju, która nie jest zbyt pochlebna.  Podróżując z Camus widzę jedynie betonowe prostopadłościany sky-scrapers i olbrzymie plansze reklam.  Jest tu natomiast sporo odniesień do „Dżumy”, która ukaże się w 1947 roku.

Część druga.

Ameryka Południowa jawi się autorowi, jako kraj pełen przeciwieństw. Bogactwo i przepych przemieszane ze skrajną nędzą, a wyrafinowana kultura z barbarzyństwem. Zapis tej podróży jest nieco „powolniejszy”. Ma się wrażenie, jakby parno wilgotny klimat spowolnił relacje pisarza. Czytając mam wrażenie, jakbym sama miała problemy z oddychaniem i „złapaniem” świeżego powietrza.  Po Ameryce Południowej podróżuje autor zdobywającego popularność dzieła (Dżuma), co powoduje konsekwencje w postaci licznych spotkań, wieczorków, zaproszeń, które są dla pisarza męczące, a często także nużące.  Ileż to razy autor wymyka się z różnych urządzanych na jego cześć i dla niego „imprez, pokazów, posiłków”. Znajduję, w tym podobieństwo do własnych „wyjść po angielsku” z różnych imprez.

Poza opisem wrażeń z pobytu na obu kontynentach książka zawiera relację z podróży, w przeważającej mierze morskiej. Morze opisane jest w przeróżnych barwach i odcieniach; morze spokojne i wzburzone, morze pożerane przez słońce i morze w towarzystwie chmur i wiatru, morze poranne, południowe i wieczorne.  Czuję w tych opisach wyraz podziwu i hołdu składanemu żywiołowi, który jest często o wiele milszym towarzyszem podróży niż ludzie, często nudni i powierzchowni. Jak pisze Camus trudno mu wytrzymać w towarzystwie liczniejszym niż cztery osoby.

Autor opisuje, iż jego morskiej podróży do Ameryki Południowej towarzyszyły dźwięki muzyki poważnej, co budzi móją zazdrość i mój zachwyt. Jak wielokrotnie pisałam uwielbiam morskie podróże, obserwacje prutych dziobem statku fal, bezkresna przestrzeń za mną i bezkresna przestrzeń przede mną, wiatr we włosach i poczucie wolności, beztroski i nieskrępowania. Gdyby jeszcze takiej podróży towarzyszyła piękna muzyka można by powtórzyć za Faustem .. trwaj chwilo, jesteś piękna.

Dziennik podróży jest rękopisem autora, pisanymi na gorąco relacjami  z podróży. Nie wiadomo, czy Camus zamierzał go opublikować, czy też jedynie dla siebie i ewentualnego późniejszego wykorzystania  spisywał miejsca, zdarzenia, spostrzeżenia  i daty.

Muszę przyznać, że miejsca przez niego odwiedzone zostały opisane w sposób, który raczej by mnie zniechęcił do ich odwiedzenia, niż zachęcił. Należy wziąć poprawkę na to, iż podróże miały miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu i są subiektywnym spojrzeniem osoby pełnej zarówno podziwu, jak i dezaprobaty dla krajów Nowego Świata. Jednakże w pewien sposób są one też odbiciem mojego stanu postrzegania obu Ameryk.

 

Wschód słońca - początek podróży morskiej z Heraklionu na Santorini

Choć moje najwcześniejsze marzenie podróżnicze było marzeniem o zobaczeniu na własne oczy Statuy Wolności. Taki był rezultat obejrzenia w zamierzchłej przeszłości (w czasach bodajże podstawówki) filmu Planeta Małp. Być może jeszcze kiedyś uda mi się je zrealizować.

A teraz mogę przystąpić do lektury dalszej części Nędzników. Tom drugi, wypożyczony dziś z biblioteki, liczy podobnie, jak pierwszy ponad osiemset stron. Nic dziwnego, że napisanie ich zajęło autorowi około dwudziestu lat.